Dowiedzmy się, czy tego chcemy ...
Przejdź do treści
Opowiadanie o ludziach i żyrafach, czyli jak niewidzialna siła zwana dowodem społecznym steruje ludzkością  

Czy ktoś z Państwa widział – oglądanie w telewizji też się liczy – narodziny młodej żyrafy? Nie? Opowiem.
Przychodząc na świat młode żyrafiątko wyskakuje z bioder żyrafy mamy i przyciągane siłą grawitacji, uderza całym swoim ciężarem o ziemię. Oczywiście żyrafa mama stara się, jak umie, by dziecku umniejszyć cierpień. Wiadomo przecież, że każda matka zrobi dla swojego dziecka wszystko. Wygina więc ciało w nieprawdopodobnym tańcu, chcąc przybliżyć tylną część bioder bliżej ku ziemi. Możemy sobie tylko wyobrazić, ile wysiłku wkłada w ten taniec, bo przecież za chwilę jej dziecko spadnie na ziemię tę z wysokości mniej więcej dwóch metrów.
Żyrafa mama w amoku tańca zapomina o całym świecie. Dla niej całym światem jest teraz żyrafa córeczka, albo żyrafa synuś. Ona nie wie, co wypadnie z jej bioder na ziemię. Wie tylko, że cały świat niczym jest wobec tego jednego małego żyrafiątka, które za chwilę ma zobaczyć świat po raz pierwszy. Taniec trwa.
Po narodzinach i oczywiście po upadku zawsze dramatycznym, młoda żyrafa ma jakieś pół godziny na to, by się pozbierać i iść za stadem. A jeśli tego nie zrobi, to mamy koniec rozdziału, bo lwy i inne takie, którym natura dała zęby przystosowane do jedzenia mięsa, zakończą nam tekst smaczną kolacyjką z młodej, świeżej, krwistej żyrafiny. Za drastycznie? Życie.
W naturze zazwyczaj ta scena już się kończy. Żyrafa mama i żyrafa córeczka lub żyrafa synuś, jak kto woli, żyją sobie potem długo i szczęśliwie, jednak dla potrzeb naszego rozdziału wymagany jest inny przykład. Potrzeba nam entropii.
Załóżmy hipotetycznie, że żyrafa mama w swoim nieprawdopodobnym tańcu chcąc przybliżyć tylną część bioder bliżej ku ziemi, zapomina o bożym świecie bardziej, niż inne żyrafy mamy i nie czując niczego – każda matka wie, jak to jest, ja też wiem, byłem przy tym – wkłada przez przypadek jedną z nóg do jakiejś dziury i łamie ją, nawet o tym na tę chwilę nie wiedząc. Poród dobiegł końca. Młode żyrafiątko powoli dochodzi do siebie, ale żyrafa mama nie będzie już mogła cieszyć się życiem. Dla niej ono powoli się kończy. Na sawannie nie da się żyć ze złamaną nogą. Nie ma tam karetki pogotowia. Nie ma urlopu macierzyńskiego. Nie ma ubezpieczenia na wypadek. Nie ma tam tego wszystkiego, co my nazywamy opieką lekarską.
Co teraz zrobi młoda żyrafa? Ma dylemat. Jak postąpi? Stado zaraz odejdzie. Złamana noga jednej z sióstr, to potencjalne zagrożenie ze strony drapieżników. Zwierzęta mięsożerne tylko czekają na taką okazję. Są obok. Zawsze. To ich życie. Stado nie będzie walczyć o tego jednego nieudacznika ze złamaną nogą. Nie poczeka, aż ten dojdzie do siebie. Nie ma tam szpitala, gdzie można złamaną nogę wyleczyć. Noga sama się nie zrośnie. Takiego pięknego scenariusza nie będzie na pewno. Na pewno będzie tylko jedno. Śmierć żyrafy, która nie może już iść za stadem.
Zostać z mamą czy iść z innymi? Młoda żyrafa myśli, co ma zrobić, choć oczywiście nie zdaje sobie sprawy z tego, że myśli, bo świadomości nie posiada i robią to za nią instynkty. Musi przecież podjąć decyzję. Na jakiejś podstawie to zrobi. Na pewno zrobi. Musi wybrać. Iść czy zostać? Iść czy zostać? Stado jeszcze nie odeszło. Moment decyzji jeszcze nie nastąpił, a tu telefon dzwoni. Tara daą daą, tara daą daą, tara daą daą diłłł. … Tara daą daą, tara daą daą, tara daą daą diłłł. ...  – Halo.
– Hej Skarbie, co robisz?
– Czytam.
– O czym?
– O żyrafie?
– Fajne?
– Nie wiem, nie doczytałam do końca. Co jest?
– Jestem w sklepie. Wysłałem ci fotkę. Doszła? Który kupić? Chciałaś.
– Zobaczę, poczekaj. Nie rozłączaj się. Młoda dziewczyna o pociągłej, harmonijnej, pięknej twarzy, odkłada książkę na ławę stojącą obok sofy, na której jeszcze przed chwilą leżały obie. I dziewczyna, i książka. W sofie tej nie ma nic szczególnego. Normalna trzyosobowa sofa z JYSK-a koloru ecru. Ława w podobnym guście. Widziałem takie w IKEI. Kolor ławy idealnie pasuje do szafek wiszących na ścianie w dwóch rzędach. To też IKEA. Model Besta. Lampy nie widać. Telewizora też nie obejmuje ten obraz, ale widać podłogę i ścianę pomiędzy meblami, a ta wypełniona jest imitacją jasnych, podłużnych kamieni. To płytki ścienne Stegu. W Castoramie takie sprzedają. Na podłodze panele. Ładne. Też z Castoramy. Na nich jasny dywanik, długi włos idealnie pasujący odcieniem do reszty. Nowocześnie. Gustownie. Miło.
Dziewczyna przeciąga się ziewając w geście lekkiego znudzenia, może, a może nie wypiła jeszcze kawy z rana, nie wiemy przecież, która jest godzina. Obraz nie pokazuje nam zegara. Pokazuje nam tylko dziewczynę i jej otoczenie, a ona rozciąga szczupłe ciało na sofce, kładąc głowę na jej boku. Czarne włosy błyszczą, odbijając refleksy słońca padającego przez okno. Rozlewają się, dotykają tapicerki mebla. Na jej twarzy widać uśmiech zadowolenia. Podnosi teraz swoją Nokię na wysokość oczu i patrzy na zdjęcie, które przyszło mmsem.
Na zdjęciu widzi alejkę pomiędzy rzędami regałów w jakimś markecie. Bardzo jasne światło. To w Rossmanie jest. Tam jest tak jasno! W alejce stoją dwa kosze. Jeden po prawej stronie alejki, a drugi po lewej. Nad każdym z koszy umieszczono kartkę w czerwonej ramce. Na obu kartkach ta sama cena 7,99 zł.
W koszach widać dwa rodzaje szamponów. Po lewej kosz z opakowaniami czarno białymi. Ten kosz jest pełny. Po prawej kosz do połowy pusty i podobne opakowania tyle, że kolory odwrotne. Biały na górze, czarny na dole.
– Jesteś?
– Tak. Znalazłem ten szampon z tymi srebrnymi granulkami. Są dwa rodzaje. Nie wiem, który kupić.
– Jaka pojemność?
– Pincet mil … w obu. Pachną inaczej, ale nie umiem ci opowiedzieć, co to za zapach. Taka opowieść mnie przerasta. To nie dinozaury. Co teraz?
– Weź ten po prawej.
– Czemu?  
– Bo wszyscy go biorą ... pa. Dziewczyna odkłada telefon na ławę, bierze książkę do ręki i podąża za stadem zostawiając żyrafę mamę. Obraca co chwilę głowę za siebie bojąc się bardzo tych oczu okolonych grzywą brązowozłotych włosów, które widać schowane w niedalekiej trawie. Jakoś tak … straszne są. Boi się ich, a patrząc na nie co chwilę ledwo idąc, bo to pierwsze kroki w jej życiu, prawie obija się o pasącą zebrę. Zebry się nie boi. Lwa się boi. Trawę będzie jadła. Wodę będzie piła. Skąd to wie, przecież do szkoły nie chodziła i zdań tych o sobie w książce przeczytać nie umie. Dla niej to tylko kreski proste lub kreski krzywe. Kółka i kropki, i każda inna. Koniec obrazu.


– Tato.
– Tak serce moje.
– To za trudne dla mnie jest.
– Ale co? Konkretnie. Opowiadaj.
– No wiesz. Ten dowód społeczny i to tłumaczenie. To za trudne jest. Ta żyrafa i dziewczyna. Wcale nie wiem o co chodzi i dlaczego ta dziewczyna za stadem poszła. Do tego ten ktoś opisuje właśnie nas.
– Nas? Mężczyzna leżący na sofie obok chłopca unosi głowę znad książki. – Opisuje nas? Widać wyraz wzmagającego się zaciekawienia na twarzy mężczyzny.
– Czemu tak myślisz?
– Bo nasz pokój tak wygląda. Bo mamusia jak ma wolne, to rano zawsze coś czyta. Bo meble mamy też takie same i podłogę. Chłopiec milknie na chwilę i mówi dalej.
– Sofa kupiona jest w tym samym sklepie. I te płytki na ścianie. Panele z Castoramy. Meble z IKEi. Dywanik. Wszystko tato. Wszystko. Mężczyzna uśmiecha się pobłażliwie.
– To złudzenie tylko. To nie możliwe, by ktoś o nas pisał. Zbieg okoliczności. Chłopak kręci z niedowierzaniem głową.
– Nie tato. To za bardzo podobnie wygląda. Tu coś jest nie tak. Tak mi się wydaje. Za bardzo to jest do nas podobne.
– Chcesz żebym ci to wytłumaczył? Wolisz to niż czytanie? Tak chcesz? Mężczyzna wstaje, odkłada książkę na ławę stojącą obok, bierze swojego syna na ręce, jak małe dziecko i patrząc mu w oczy mówi. – Wolisz opowiadanie? Takie jak zawsze? Pytania i odpowiedzi? Syn zarzuca ojcu ręce na szyję. Przytula się do niego cały i szepce mu do ucha.
– Tak tato. Takie jak zawsze. Ja pytam, ty mówisz.
– No to pytaj. Siadają obaj na sofie. Miękka gąbka poddaje się pod ciężarem ojca i syna. – Pytaj.
Chłopak patrząc ojcu głęboko w oczy, unosi brwi w geście mogącym oznaczać tylko jedno. Głębokie zastanowienie. Zaczyna wolno mówić, oddzielając każdą część zdania kilkusekundowymi przerwami.
– Najpierw żyrafa. Dlaczego jeśli się rodzi i na przykład … jeśli w tym momencie porodu … narodzin, no wiesz … po narodzinach w Afryce na sawannie … a ona jest mała, dopiero co się urodziła, dlaczego gdy jej mama łamie nogę, a tam szpitala nie ma, to muszą ją lwy zjeść? Przerywa na chwilę. Brwi wędrują w górę.
– Właściwie to rozumiem. Znów przerywa. Znów marszczy brwi. Mija kilkanaście sekund. Kontynuuje.
– Złamała nogę i nie może iść dalej, okej, ale dlaczego mała żyrafa nie zostaje z mamą, tylko odchodzi ze stadem? Skąd wie, że to bezpieczne? Że to rozsądne, bo inaczej też ją lwy zjedzą? Skąd wie, że zebra jej nie zje na przykład? Że wodę się pije, a trawę je? Wiesz?
Ojciec uśmiecha się. Marszczy brwi w geście głębokiego zastanowienia. Tak mija dłuższa chwila. Wreszcie zaczyna.
– Rządzą nią, tą żyrafą, instynkty. Ona nie myśli. Nie umie myśleć, tak jak my. Nie wie, że trzeba myć zęby, żeby potem nie bolały. W jej umyśle plan życia jest wbudowany na stałe, jak program w komputerze. Na przykład. Umysł otrzymuje sygnał z organizmu, że brak mu substancji odżywczych. Klika swoją myszką w bodziec głodu. Wtedy żyrafa jest głodna i je. Teraz inny przykład. Żyrafa widzi lwa. Obrazek lwa z oka trafia do mózgu. Pojawia się strach na widok lwa. Jest bodziec, boi się, to ucieka.
– A na widok zebry?
– Na widok zebry raczej nie pojawi się bodziec strachu, bo zebra nie jest mięsożercą, dziecko.
– A co ma do tego ten dowód społeczny?
– Noooo. Bardzo dużo. Dowód społeczny, to taki kawałek mózgu żyrafy na naszych umysłach.
– Tak? Mam mózg żyrafy w głowie?
– Dokładnie tak jest. Synu mój ukochany, jedyny. Mężczyzna kręcąc głową na boki zbliża twarz do twarzy chłopca i pocierając czubkiem swojego nosa o nos syna, mówi oddzielając słowa przerwami. – Dokładnie tak jest. Synu mój. Ukochany. Jedyny.
– Ojcze! Mój! Ukochany! Jedyny! Chłopak obrusza się. – Rozmawiajmy poważnie! Zawsze w pytaniach i odpowiedziach rozmawiamy poważnie! Tak? Mężczyzna zamyka oczy. Uśmiecha się. Duma i zadowolenie towarzyszą temu uśmiechowi. To jego największe szczęście rozmawiać ze swoim dzieckiem właśnie w ten sposób. Słyszeć dorosłe już słowa układane w nieznoszące sprzeciwu zdania przez jedenastolatka przecież.
– To prawda serce moje. Już ci to wyjaśniam. Złaź, bo ciężki jesteś. Szybkim ruchem syn zeskakuje z kolan ojca na podłogę i zanim ten zdążył się poruszyć, on jest już na sofie. Leży teraz na plecach z rękami pod głową oparty o jeden z jej boków. Jest dumny ze swojej szybkości. Podkula nogi w kolanach. Uśmiech rozjaśnia mu twarz.  
– Tak jak zawsze? Dotykamy się stopami?
– Tak jak zawsze. Odpowiada mężczyzna oddając uśmiech. Sadowi się na drugim końcu sofy w tej samej pozie, wolno rozpoczynając dalszą rozmowę.
– Zaczniemy od ...
– Od mózgu żyrafy w mojej głowie i żadnych dubli proszę. Szybko i stanowczo wypowiedzianymi słowami z powagą godną wykładowcy na uniwersytecie, chłopiec zwraca się do ojca.
– Zgoda. Ten odpowiada. Uśmiech znika. Widać na jego twarzy skupienie. – Pamiętasz, jak powstałeś? Mamusia cię urodziła, ale ja też byłem potrzebny. Pamiętasz tę rozmowę?
– Tak tato. Widać niesmak na twarzy chłopca. – Byłem w brzuchu mamy. Wiem. Najpierw fasolka, potem się urodziłem, wiem i …?
– I oznacza to, że abyś się urodził, to potrzebny jest tato i mama. I tak jest u wszystkich. Ja też miałem rodziców. Dziadka i babcię, a oni też mieli. Każde z nich. Dziadek też miał tatusia i mamusię. Tatuś od dziadka był kowalem. Byliśmy w jego kuźni. Pamiętasz?
– Tak. Pradziadek Janek.
– No właśnie, ale on też miał rodziców. I jego rodzice też, a to dopiero sto lat wstecz. Czy wiesz, co było wcześniej?
– Nie. Mów dalej tato.
– Wcześniej też każdy był dzieckiem i miał rodziców. Pamiętasz kiedy wyginęły dinozaury?
– Pamiętam. Sześćdziesiąt pięć milionów lat temu.
– To było bardzo dawno. Wtedy też żyli jacyś tam nasi przodkowie. Gdzieś razem z dinozaurami biegali po ziemi.
– Czy my byliśmy dinozaurami kiedyś?
– Nie. Dinozaury to gady, jak krokodyle i węże. Tym różnią się od nas ssaków, że u nas ssaków mama rodzi dzidziusia, a dzidziuś po urodzeniu ssie pierś mamy, natomiast u gadów mama znosi jajka i w nich są małe zwierzątka.
– A co ma do tego ten dowód społeczny?
– Kiedyś dawno, dawno, nie wiem kiedy i nie wiem jak, powstali nasi przodkowie. Nie wiem kim byli. Nikt tego nie wie. Wszystkimi tymi istotami coś przecież musiało jednak kierować, by przeżyły, bo przeżyły. Tak?
– Mów dalej tato.  
– Świat ludzi, to dopiero trochę tysięcy lat, a ziemia liczy sobie tych lat miliony. Przez wszystkie te lata mózgi uzbrojone w naturalne programy do przeżycia, dawały sygnały poszczególnym gatunkom, jak żyć i jak przeżyć. Przez miliony lat tak było i świat dawał sobie radę. Człowiek współczesny - współczesny to taki jak my - odziedziczył ten stary mózg po przodkach. Nie wiem po jakich, ale jacyś musieli być, a w momencie, gdy zaczęliśmy rozumieć, że możemy dbać o zęby, żeby nie bolały, czyli uzyskaliśmy świadomość, mózgi zaczęły nam rosnąć. Zaczęły być coraz większe, by mogły myśleć więcej i szybciej, ale ten stary mózg pozostał gdzieś tam, głęboko. On tam cały czas jest. Mieliśmy kiedyś tatę i mamę, którzy biegali po sawannie albo żyli na drzewach. To bezsporne. To po nich odziedziczyliśmy stare mózgi. Dopiero potem kolejne mózgi zaczęły budować nowe komórki mózgowe dookoła starego mózgu. Jednak nowy mózg nie ma takiego doświadczenia, jak mózg stary i gdy nie wie, jak postąpić, to pyta się tego starego, co ma zrobić. Nazywamy to myśleniem podświadomym. Jednym z elementów tego myślenia jest dowód społeczny. U zwierząt instynkt ten nakazuje podążanie za przewodnikiem stada, a następnie za stadem. U ludzi pozostałość tego instynktu przeradza się w podobne zachowania. Człowiek myśli tak. Jeśli inni coś robią, to dla mnie też to będzie dobre lub innymi słowami, wszyscy mają rację, a ktoś będący przeciwko wszystkim, nie ma racji. To dlatego ludzie wierzą w to, w co wierzą wszyscy. To dlatego nie wierzą temu, komu nikt nie wierzy. To dlatego, jeśli ktoś wybuduje większy sklep, to idziemy tam kupować, bo widzimy tam więcej ludzi. To mówi stary mózg w naszych nowoczesnych czasach. Właśnie ten mechanizm w naszym starym mózgu nazywamy dowodem społecznym. Gdy widzimy, że inni ludzie w jakiś sposób postępują, to nawet jeśli jest to nieprawidłowe, prawie zawsze uważamy to za słuszne i godzimy się z tym. Ciężko to zmienić, a wzięło to się stąd, że kiedyś dawno każdy członek stada podążał za tym największym i najsilniejszym, który pokazywał, jak należy postępować i gdzie iść żeby było więcej jedzenia i gdzie było bardziej bezpiecznie. Dlatego inni z końca stada szli za tymi, co gdzieś tam widzieli tego najsilniejszego i tak zrodził się ten mechanizm. Tak ja to rozumiem. Fajne tłumaczenie?
– To dlatego największe sklepy sprzedają najwięcej?
– Tak.
– Pomimo tego, że tych mniejszych w sumie jest więcej?
– Tak.
– To dlatego nasz domek podobny jest do innych, bo wszyscy kupujemy w tych samych sklepach?
– Tak.
– A jak będę duży i wybuduję jeszcze większy sklep i wykorzystam do tego stare mózgi ludzi, to będzie to oszustwo?
– Nie serce moje. To będzie marketing, a teraz biegaj, bo mama coś krzyczy z łazienki. Chłopiec zrywa się momentalnie i znika w dwie sekundy z pola widzenia ojca. Za kolejnych kilka wystawia głowę zza futryny mówiąc.
– Tato. Mama pyta, gdzie dałeś ten szampon z tymi srebrnymi granulkami, który kupiłeś dzisiaj w Rossmannie.



Dowód społeczny - instynkt stadny pozwalający naszym przodkom dotrwać do naszych czasów. Mechanizm liczący miliony lat, sterujący poczynaniami zwierząt, mieszka sobie w naszych umysłach.
Dowód społeczny - ślepe podążanie za przewodnikiem, a następnie za tymi, którzy za nim podążają, co przekształca się w efekt podążania za innymi bez zastanawiania się, dokąd nas to prowadzi.
Dowód społeczny - przeświadczenie, że postępując jak inni, postępujemy prawidłowo.
Dowód społeczny prowadzi wielkie stado ludzi przez świat. Miliardy ludzi patrzą jeden na drugiego, upewniając się, czy przypadkiem nie robią czegoś, czego inni nie zaakceptują. Tak bardzo boimy się tej krytyki ogółu, że w większości przypadków nie podejmujemy działania w celu zmiany tego, co uważamy za nieprawidłowe. Tak bardzo wbudowany jest w nas ten mechanizm, że nie wiedząc jak postąpić, patrzymy na innych i podpatrując ich postępowanie, postępujemy podobnie. Przypatrzmy się, jak to działa u ludzi i u zwierząt. Popatrzmy, do czego to doprowadza.  
Żyrafiątko przyszło na świat. Nie ma szpitala. Nie ma karetki pogotowia. Czy mechanizm nakazujący podążanie za innymi zadziałał prawidłowo? Tak. Zadziałał bezbłędnie. Żyrafiątko przeżyło.
Dziewczyna kupuje szampon z kosza, z którego kupuje większość. Czy to prawidłowe? Wydaje się, że owszem, ale ludzie w przeciwieństwie do zwierząt posiadają świadomość oraz zdolność myślenia abstrakcyjnego, którego nie posiadają istoty nieobdarzone świadomością. Człowiek wiedząc o mechanizmie dowodu społecznego, może wyciągnąć z kosza kilkanaście opakowań szamponu i spowodować poprzez to działanie, że kolejne opakowania szamponu będą sprzedawać się lepiej. Klienci sklepu pomyślą, że inni klienci tego samego sklepu kupują tenże szampon i to będzie powodem dokonania wyboru zakupu tego właśnie, kupowanego niby przez innych szamponu. To takie proste? Owszem.
Dziewczyna kupuje szampon z kosza, z którego kupuje większość. Mechanizmowi temu polegamy przecież wszyscy. Jaki jest tego efekt? Coraz większe sklepy, przyciągają coraz większe rzesze klientów. Powstają coraz większe sieci, a te mniejsze giną. Zalewa nas produkcja masowa i dzieje się tak w każdym sektorze gospodarki, każdego kraju na ziemi. Ekonomiści nazywają to zjawisko koncentracją. Bogatsi mają coraz więcej pieniędzy, a ci biedni mają ich coraz mniej w stosunku do tych pierwszych. Ten, kto ma więcej pieniędzy, przejmuje kontrolę nad innymi. Uczeni dopatrują się w tym zjawisku wszelkich kłopotów, które mamy obecnie na ziemi, a ich przyczyna prawdopodobnie żyje sobie w naszym mózgach.
Wróćmy teraz o prawie siedemdziesiąt lat wstecz. Obozy koncentracyjne, a w nich: lekarze, nauczyciele, sędziowie, adwokaci, urzędnicy, ojcowie, matki ... ludzie. Każdy z nich jest albo ofiarą, albo katem. Jeśli jest katem, to wykonuje swoją na ów czas pracę. Wykonuje swoje obowiązki. Godzi się z nimi, a pomaga mu w tym dowód społeczny. Czyli? Inni to robią, to ja też. Ktoś zabił, to znaczy, że ja też mogę. Jestem rozgrzeszony. Wszyscy tak postępują, czyli jest to prawidłowe. Czy dziś takie postępowanie byłoby możliwe? Zabić i czuć się rozgrzeszonym? Mordować innych? Akceptować to? Nikt nic nie robi, to ja też nic nie robię?
Nie możliwe? A aborcja? To nie jest mord człowieka na człowieku? Nie? To co to jest? Bardzo proszę Ciebie Czytelniku, właśnie Ciebie, który to czytasz, proszę o uczciwą odpowiedź. Dlaczego nie reagujesz na mord! Dlaczego? Dlatego, że inni też nie reagują? Czy gdyby wszyscy sprzeciwili się temu, to też byś się sprzeciwił? Proszę o odpowiedz. Uczciwą odpowiedź. To jak jest? Działa w tym przypadku mechanizm dowodu społecznego, czy nie działa? Teraz. Dziś. Od milionów lat. Działa? Proszę o zastanowienie. Mało?
Niewolnictwo. Zniesiono je oficjalnie w USA, w 1886 roku. Dopiero wtedy!? Ledwo kilka pokoleń temu? Dlaczego tak długo przetrwało? Jak sądzisz Drogi Czytelniku? Czy mechanizm dowodu społecznego był tego powodem? Otóż był. Oczywiście, że był. Był też powodem, by je znieść ostatecznie. Wiedząc o istnieniu tego mechanizmu wcale nie jest dziwne, że zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy niewolnictwa nie mieszkali obok siebie. Podzielili się. Podzielili się na tych za i na tych przeciw. Ci pierwsi zamieszkiwali południową część kraju i potwierdzali sobie nawzajem swój punkt widzenia, widując się co dzień. Ci drudzy natomiast postępowali odwrotnie i również widząc się często, przyjmowali jako naturalny wspólny dla ogółu punkt widzenia. Czy południowiec mógłby wtedy żyć wśród ludzi północy? Odpowiedzią jest pytanie. – Jak czuje się człowiek występujący przeciw większości? Nawet jeśli ma rację?
Szanowny Czytelniku! Była wojna o to, kto ma rację! Ludzie z północy zabijali tych z południa. Ludzie z południa zabijali tych z północy. Ktoś jednak nie miał wtedy racji, a dziś mają rację ci, którzy uważają, że wszystko to nie powinno się w ogóle zdarzyć i to jest obecnie opinia większości. Ta jest prawidłowa. Zgadzamy się z nią również po zastanowieniu.
Czy dowód społeczny, ślepe podążanie za przewodnikiem, a następnie za tymi, którzy za nim podążają, to tylko ciemne karty historii ludzkości? Otóż nie. Absolutnie nie. Jeśli przyjrzymy się światu. Przyjrzymy się z oddali jego historii i walce o lepsze jutro każdego z poszczególnych ludzi, którzy swoją wiarą w dobro budowali go, to patrząc na świat obecny, biorąc pod uwagę tylko niektóre jego aspekty, długość życia (w średniowieczu żyliśmy średnio 40 lat, obecnie średnia długość życia, to już ponad 70 lat i wzrasta); postępujący proces demokratyzacji kolejnych krajów - nawet kwestionowany; coraz większy postęp w dziedzinie medycyny - pomimo tego, że przez niektórych jest to negowane; edukację w coraz większym wymiarze, a poprzez tę edukację parcie społeczne na zmiany w wielu kwestiach, w tym ochrony środowiska, nienarodzonych dzieci, pomocy krajom ubogim, ratowania planety przed nieodwracalną degradacją - co jest teraz priorytetem, bo wszystkie telewizje trąbią o tym coraz głośniej - to przyglądając się temu światu chłodnym okiem możemy otworzyć nasze oczy szeroko ze zdumienia i powiedzieć. Dobro zwyciężyło. Tak Moi Drodzy. Dobro zwyciężyło. Mamy najlepszy w całej historii świat, w jakim nam, właśnie nam udaje się teraz żyć. Lepiej i bezpieczniej nigdy nie było, a ślepe podążanie za przewodnikiem, może raczej za przewodnikami – bo ludzi, którzy budowali nasz obecny świat, było przecież wielu – ślepe podążanie za tymi mądrzejszymi i silniejszymi, którzy potrafili porwać ludzi za sobą, nie przynosi nam dzisiaj ujmy. Czy to oznacza, że możemy osiąść na laurach i nie robić nic? Czy to oznacza, że skoro przewodnicy zrobili za nas wszystko, to pozostaje nam teraz w udziale błogie lenistwo?
Jeśli mamy piątek wieczorem, to owszem. Do poniedziałku zgoda. Przyda się po całym tygodniu błoga laba. Przyda się i pomoże w zbudowaniu zapału do pracy na dni kolejne. A co w poniedziałek?
Coraz wyższy poziom naszej wiedzy ogólnej nakazuje nam podglądać działanie dowodu społecznego, przypatrywać mu się i analizować, gdzie nas obecnie ów mechanizm prowadzi. To właśnie zadanie domowe na kolejny życiowy poniedziałek. Dowód społeczny uświadamia nam, że świat idzie dobrą drogą, a my czując się bezpiecznie, możemy przypatrywać się temu, co już było, wyciągać wnioski i zadawać niewygodne pytania.
Czy obecne działania niemieckiego rządu, to zadośćuczynienie za błąd II wojny? Udostępnienie tak gigantycznego kapitału socjalnego, wypracowanego przecież przez samych Niemców? Udostępnienie go milionom uchodźców. Czy to zadośćuczynienie za błąd? Błąd, w którym dowód społeczny brał niemałą rolę? Czy tak właśnie jest? Wiele osób mówi wprost, że owszem. Że to jest właśnie powód otwarcia niemieckich granic.
A Francja. Ten sam scenariusz. W zamian za czasy kolonializmu. Czy scenariusz ten, to również niewerbalne ... przepraszam? Takich pytań możemy zadawać sobie dziesiątki, setki, tysiące i podejrzewam, że nigdy one się nie skończą.
Co teraz? Jak mam zakończyć Drogi Czytelniku ten tekst, w którym zastanawiamy się wspólnie - skoro czytasz nadal, to wspólnie - jak wielu innych ludzi na ziemi też zastanawia się, do czego nas to wszystko doprowadzi? Gdzie zmierzamy? Gdzie zmierzamy, jako ludzkość i czy mamy na tyle wyrobioną świadomość zbiorową, by przeciwstawiać się machanizmom, które wbrew naszej świadomej woli prowadzą nas tam, gdzie iść przecież nie zawsze chcemy?
Na myśl przychodzi tylko jedna konkluzja. Jedno zdanie. Może trochę skomplikowane i złożone, ale tylko jedno. Myślę, że wielu z nas, Ty Drogi Czytelniku również, analizując działanie dowodu społecznego dojdziesz do tego samego wniosku. Wniosku, który nasuwa się sam. Wniosku, który tkwi głęboko w każdym z nas, a który łatwo odczytać można w naszej osobistej głębii, w której zapisane są nasze osobiste odpowiedzi na wszystkie osobiste pytania. Wniosku, który wyraża się słowami.

Kiedyś, kiedy jako ludzkość popełnimy już wszystkie błędy, nazywając je następnie przeszłością, nastanie czas, w którym żadna jednostka nie namówi ogółu do postępowania, które dla ogółu tego może stać się destruktywne

- Koniec -




Autor 2014

Będzie mi bardzo miło, jeśli pulubisz lub udostępnisz mój profil / Chłopiec z zielonym piórem




Wiem, że mam dopiero 5 lat, ale umiem już liczyć. Jednak moja głowa robi się gorąca i ciężka, gdy mama zaczyna liczyć. Ona mówi, że 2+2=5 i że to jest zasada jakiejś tam symergii czy synergii. Ja nie wiem, co to znaczy. Wiem tylko, że tutaj na tej stronie WEWANT.pl będzie dużo dorosłych to czytać i dlatego każdy, kogo tu pokażemy na tym skorzysta. Poczytaj sobie o tym. Kliknij w ten przycisk na dole.


Chłopiec z zielolonym piórem

© Chłopiec z zielonym piórem 2018 - 2020r
INFORMACJE
POMOC
DZIAŁANIA
NASZE SOCIAL MEDIA
Wróć do spisu treści